Lazurowe Wybrzeże (20-26 września 2021 roku)

Studenci szamotulskiego UTW znani są z zamiłowania do podróży, tych po najbliższej okolicy i tych dalszych – po Polsce i świecie. Niestety, pandemia wyrwała nas nie tylko z tej formy aktywności. Na szczęście w roku 2021 mogliśmy już skorzystać z dobrodziejstwa szczepionek, więc zaczęliśmy powoli wracać do stałych zajęć, w tym także do podróżowania. Najpierw nieśmiało po okolicy, a gdy władze naszego UTW zaproponowały wyjazd autokarowy na Lazurowe Wybrzeże, zebrała się spora grupa chętnych.

Tuż po północy 20 września 2021 roku, wszyscy zaopatrzeni w paszporty covidowe i pakiety maseczek, wyruszyliśmy w naszą długo wyczekiwaną podróż. Cel – Lazurowe Wybrzeże. Czy czuliśmy się niepewnie? Może na początku trochę tak, ale szybko dostosowaliśmy się do wymogów panujących w kolejnych odwiedzanych krajach.

A naszym pierwszym celem były Niemcy, dokładniej Monachium. Do stolicy Bawarii dotarliśmy w godzinach przedpołudniowych, mniej lub bardziej zmęczeni (ważna umiejętność – spanie w czasie jazdy; szczęśliwi, którzy ją posiedli). Po spotkaniu z miłą panią przewodnik rozpoczęliśmy zwiedzanie jednego z największych i najbogatszych miast Niemiec. Najpierw obejrzeliśmy Feldherrnhalle, czyli monumentalny portyk znajdujący się na Odeonsplatz, a potem zwiedziliśmy kościół Teatynów. Ta piękna świątynia ze śnieżnobiałym wnętrzem, utrzymana generalnie w stylu włoskiego baroku, posiada rokokową fasadę zwieńczoną trójkątnym szczytem, w którym widoczny jest kartusz z herbami Bawarii i Rzeczypospolitej. Na naszej trasie znalazł się także katolicki kościół św. Piotra. Jego wysoka wieża nazwana została przez monachijczyków „Starym Piotrem”. Obejrzeliśmy również główną świątynię miasta – katedrę Najświętszej Marii Panny. W jej wnętrzu na uwagę zasługują stalle z rzeźbami Erasmusa Grassera i liczne ołtarze, niektóre z dziełami malarskimi Jana Polaka. Zaskakujący kształt mają wieże katedry, które zwieńczone są renesansowymi cebulastymi hełmami. Przy Marienplatz podziwialiśmy budynki Starego i Nowego Ratusza. Ten ostatni, zaprojektowany w stylu neogotyckim a wybudowany na przełomie XIX i XX wieku, robi niesamowite wrażenie za sprawą bogato zdobionej elewacji, pełnej ozdób przedstawiających historię Bawarii. Na jego wieży znajdują się aż 43 dzwony i mechanizm zegarowy, czwarty pod względem wielkości na świecie. I jeszcze Asamkirche, czyli kościół św. Jana Nepomucena, prawdziwa perła późnobarokowej architektury i rokokowej sztuki zdobniczej. Bogato zdobione wnętrze świątyni, utrzymane w tonacji złota, brązów, zieleni oraz bladego błękitu, prawie zupełnie pozbawione jest naturalnego światła, stąd specyficzny nastrój tu panujący. Na koniec krótki spacer po placu targowym Viktualienmarkt i już przejazd – długo wyczekiwany przez męską część naszej wycieczki – do BMWWelt, czyli nowoczesnego centrum wystawowego. A tam prawdziwa uczta dla fanów wspaniałych samochodów i motocykli. Rzeczywiście, było co podziwiać. Nie tylko panowie przymierzali się do wybranych modeli, robili zdjęcia, marzyli… Paniom także świeciły się oczy, zwłaszcza na widok sportowych aut. Można tutaj ,,od ręki” dokonać zakupu wybranego modelu samochodu, ale jakoś tym razem nikt z nas się nie zdecydował… Ostatnim punktem monachijskiego programu był przejazd obok Allianz Arena, stadionu, na którym mecze rozgrywa Robert Lewandowski. Teraz już tylko podziwianie widoków podczas przejazdu przez Tyrol i żal, że nie mogliśmy się zatrzymać w Garmisch-Partenkirchen, by obejrzeć skocznie narciarskie oraz specyficzną architekturę bogato malowanych budynków. Późnym wieczorem, zmęczeni, ale szczęśliwi, dotarliśmy do naszego pierwszego hotelu. „Alpenkönig Tirol” to przepięknie położony obiekt o specyficznej architekturze, który zapewnił nam pobyt w obszernych apartamentach, pyszne jedzenie i miłą atmosferę. Wczesnym rankiem trzeba było jednak opuścić Austrię, ale piękne górskie widoki jeszcze przez jakiś czas nam towarzyszyły.

Kolejnym punktem naszego programu był Mediolan – światowa stolica mody i jednocześnie prężny ośrodek przemysłowy we Włoszech. Sympatyczna przewodniczka zabrała nas najpierw do zamku Castello Sforzesco – twierdzy i rezydencji rodziny Sforzów, despotycznych władców Mediolanu panujących w XV w. Była i chwila relaksu przy fontannie przed zamkiem. Dalej przemieszczaliśmy się spacerkiem w kierunku placu Katedralnego, by tam zwiedzić (po okazaniu paszportów covidowych) jedną z najbardziej znanych budowli we Włoszech – katedrę Narodzin św. Marii. Ta wspaniała świątynia, o której Mark Twain napisał, że jest ,,marmurowym poematem”, w zasadzie reprezentuje styl gotycki, jednak w jej fasadzie odnaleźć można formy barokowe i neogotyckie. Jako ciekawostkę podam, że w posadzce katedry znajduje się mosiężna linia obrazująca południk przechodzący przez Mediolan. Dzięki umieszczonym w sklepieniu niewielkim otworom, przez które światło słoneczne pada na tę linię, można określić najwyższe położenie słońca – południe. W czasie naszego spaceru zobaczyliśmy z zewnątrz La Scalę – najsłynniejszą operę świata. Przeszliśmy się także luksusową dzielnicą mody z butikami słynnych projektantów. Kilka godzin w Mediolanie to bardzo mało, ale czas było ruszyć w drogę do San Remo – stolicy włoskiej piosenki. Późnym wieczorem dotarliśmy do hotelu. I tu wspaniała niespodzianka. Czterogwiazdkowy ,,Grand Hotel & Des Anglais” prezentował się na zewnątrz i w środku doskonale. Okazał się wygodny, przyjazny, czyściutki, z miłą obsługą, bardzo smacznym i różnorodnym jedzeniem. Niektórzy szczęściarze (też się do nich zaliczałam) ,,załapali się” na pokoje z balkonami i przepięknym widokiem na morze. O poranku znów miłe zaskoczenie – bufet szwedzki z wszelkimi możliwymi frykasami. Zdziwiony był nawet pilot, pan Dawid, który wcześniej nastawiał wszystkich na typowe we Włoszech śniadanie kontynentalne, czyli na słodko.

Następny dzień wycieczki rozpoczęliśmy od przekroczenia granicy z Francją, na której bardzo dokładnie sprawdzano nasze paszporty covidowe. Po francuskiej stronie najpierw była wizyta w fabryce perfum ,,Fragonard”, a tutaj obszerny wykład na temat tajników produkcji, ,,ćwiczenia” w rozpoznawaniu zapachów i zakupy. Paniom aż się oczy śmiały, panowie tylko sięgali po karty płatnicze. Potem jeszcze samodzielne zwiedzanie – znajdującej się na wierzchołku wzgórza – najstarszej części Eze. I jakbyśmy się przenieśli do epoki średniowiecza: kamienne kominy, romańskie okna, malutkie ogrody na dachach… Druga część dnia zarezerwowana była na światową stolicę filmu – Cannes. Aleja Gwiazd jest tutaj obowiązkowym punktem programu, choć tak naprawdę dość rozczarowującym. Zrobiliśmy więc sobie zdjęcia na czerwonym dywanie, odszukaliśmy odciski dłoni Andrzeja Wajdy i Romana Polańskiego, a potem mieliśmy sporo wolnego czasu na samodzielne zwiedzanie lub zakupy. Tego dnia, po kolacji w naszym hotelu, wykrzesaliśmy jeszcze siły na dość długi spacer po San Remo, który zakończył się w lodziarni.

Kolejnego dnia zaplanowane mieliśmy zwiedzanie Nicei i Księstwa Monako. Zaczęło się dobrze. Nicea przywitała nas piękną pogodą. Spacer po tej nieoficjalnej stolicy Riwiery Francuskiej rozpoczęliśmy od obejrzenia wnętrza barokowej katedry, później przeszliśmy na centralny punkt miasta – plac Massena. Tutaj każdemu od razu rzuca się w oczy 7 postaci umieszczonych na wysokich kolumnach. Widok dość zaskakujący. Ta instalacja nosi nazwę ,,Rozmowy w Nicei” i nawiązuje do siedmiu kontynentów. Promenada Anglików była następnym naszym celem. Plaża w Nicei jest typowo kamienista, toteż niektórzy z sentymentem myśleli o nadbałtyckich piaskach. Dotarliśmy również na Wzgórze Zamkowe, jednak ze względów czasowych (absolutnie nie dla wygody!) dostaliśmy się na nie windą. Mieliśmy tu trochę czasu na relaks w cudownych okolicznościach przyrody i fotografowanie widoków. Pół dnia na to piękne miasto to zdecydowanie zbyt mało, ale przecież czekało na nas Księstwo Monako. I tutaj niemiłe zaskoczenie. Ze względów od nas niezależnych ten punkt programu nie został zrealizowany. Wielka szkoda. Wróciliśmy w związku z tym szybciej do San Remo. A po kolacji wszyscy udaliśmy się na plażę, by tam w świetle księżyca wznieść toast za uczestników wycieczki i toczyć wieczorne Polaków rozmowy.

Niestety, nieubłaganie zbliżał się koniec naszego pobytu w przyjaznym ,,Grand Hotelu”. Czas było ruszyć dalej. Tym razem nad jezioro Garda do miejscowości Sirmione. Tutaj nareszcie mieliśmy sporo czasu na samodzielne eksplorowanie miasta. My rozpoczęliśmy od krótkiego plażowania. Ci, którzy zdecydowali się na kąpiel, wychodzić z wody musieli na czworakach (za sprawą śliskich kamieni), co uwiecznione zostało na zdjęciach. Ale warto było! Później część z nas wybrała kąpiele w wodach termalnych, a inni zdecydowali się na zwiedzanie. Ja byłam w tej drugiej grupie. Udało nam się nawet trafić do willi Marii Callas, w której artystka pomieszkiwała przez kilka lat. Moim zdaniem warto też było na chwilę zatrzymać się na placu Zamkowym. Można tu wstąpić do jednej z licznych kafejek, wypić kawę lub orzeźwiający napój, zjeść lody. Z napojów polecam pyszną cedratę zrobioną z owocu cedro. Zamek Scaligerich, z braku czasu, obejrzeliśmy tylko z zewnątrz. Tych kilka godzin relaksu w Sirmione bardzo nam się przydało przed trudami długiej podróży w kierunku Bambergu. Po drodze jeszcze ostatni we Włoszech nocleg, a potem wiele godzin jazdy. Nikt nie przypuszczał, że zajmie nam to aż tak dużo czasu, jednak korki na drogach i zamknięcie niektórych autostrad wymusiły zmiany w trasie naszego przejazdu, co przełożyło się na bardzo spóźniony przyjazd do Bambergu i znacznie krótsze, „na szybko”, zwiedzanie tego pięknego miasta. Spacerując po brukowanych uliczkach, zachwycaliśmy się charakterystycznymi szachulcowymi kamieniczkami, podziwialiśmy budynek ratusza miejskiego – Altes Rathaus, Stary Dwór z jego niepowtarzalną atmosferą, tzw. Małą Wenecję, czyli rząd dawnych domów rybaków położonych bezpośrednio nad rzeką. Mieliśmy także ochotę przysiąść gdzieś, by spróbować lokalnych specjałów, szczególnie piwa wędzonego. Jednak znów gonił nas czas. Tak więc żegnaj Bambergu, a może lepiej powiedzieć – do widzenia… Tak krótko tu przecież byliśmy.

Nasza wycieczka dobiegała końca. Jeszcze tylko przejazd do Szamotuł i późną nocą powrót do domu. Ale piękne wspomnienia pozostaną. Tego, co zobaczyliśmy i przeżyliśmy, nikt nam nie odbierze. Doborowe towarzystwo, słoneczna pogoda, 4-gwiazdkowe hotele, smaczne i różnorodne jedzenie, wygodny autokar, cudowne miejsca do zwiedzania… Czegóż chcieć więcej?

Ewa Stanke

PS W drodze powrotnej już dyskutowaliśmy, dokąd by tu znów wyruszyć na zwiedzanie.

Udostępnij na facebooku