Moja przygoda z pisaniem ikon na Uniwersytecie Trzeciego Wieku

Na zaproszenie, inspirację ze strony żony, postanowiłem zapisać się na warsztaty pisania ikon prowadzone przez Jarosława Kałużyńskiego na Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Szamotułach.

Szedłem tam z wielką obawą, ponieważ nie jestem specjalnie uzdolniony plastycznie. Dodatkowym czynnikiem zniechęcającym było to, że obok Jarka byłem jedynym mężczyzną w tej kobiecej grupie. Ale przemogłem się i nie żałuję. Początkowo miałem zamysł wzięcia udziału tylko podczas jednego cyklu zajęć – spróbować zrobić jedną pracę i opuścić grupę. Tymczasem polubiłem i zajęcia, i panie siedzące koło mnie, które bardzo mocno, a jednocześnie subtelnie, mnie wspierały. I tak jestem, ku własnemu zdziwieniu już dwa lata, cztery semestry i w domu mam już cztery prace! Pokochałem te środowe przedpołudnia do tego stopnia, że teraz – w czasie wakacji – bardzo mi ich brakuje. Atmosfera sali, wspierana dodatkowo muzycznie delikatnymi kanonami z góry Athos, jest na warsztatach niepowtarzalna.

Kiedy prezentuję gościom w domu moje ikony, wszyscy są zachwyceni. Wtedy z lekkim zakłopotaniem tłumaczę, że w trudniejszych momentach prac pomagają mi sąsiadki przy stole, albo nawet i Jarek. No, ale całość rzeczywiście jest moja, osobista, wkładam w to całe moje serce i to chyba nawet widać.

Pierwsza „moją” ikoną był wizerunek Matki Bożej typu Ornantka, drugą św. Józef z Dzieciątkiem. Te dwie pierwsze robione według tradycyjnego rytu. Trzecią był chrzest Jezusa w Jordanie, lekka improwizacja (niezmiernie trudna) ikony Jerzego Nowosielskiego. A ostatnią pracą była Matka Boża Szamotulska, ale w kwiatach, ziołach i zbożach, wygląda wspaniale. Każda z moich towarzyszek warsztatów, mimo że pracujemy nad jednego typu pracą, stosuje nieco inne techniki, trochę inne kolory, więc na wystawie po semestrze każda praca jest niby taka sama, a jednak różnią się od siebie, co jest dodatkowym walorem.

Kiedy pokazywałem ikony dzieciom, każde z nich poprosiło, bym napisał też dla nich w prezencie, na pamiątkę. A dzieci mam pięcioro! Problem w tym, że ikony, które już zrobiłem, zawisły na naszych ścianach i żona nie wyobraża sobie, bym je wydawał. Więc pozostaje mi pisać dalej, by w końcu podarować je najbliższym.

Będę od października nadal działał, czekam z niecierpliwością!

Paweł Łączkowski

Zdjęcia Aleksandra Słomińska i Paweł Łączkowski

 

Udostępnij na facebooku